Zaczynając pisać o sztuce, nie najlepiej jest rozpoczynać mówiąc o czymś czego już nie ma. Od początku mam zamiar złamać tą zasadę. Możemy pominąć kamieniarzy Courbeta, klasztor Cluny III czy posąg Ateny Fidiasza. To nie zmieni faktu że były to dzieła ponadczasowe.

Fra Bartolomeo. O tej postaci można powiedzieć wiele. Niestety nie wiele też zostawił z dość istotnego etapu swojej twórczości. Jej początków. O tym właśnie traktuje tytuł, o samozniszczeniu. Oczywiście w mitach o artystach nie jest to nawet jeden z bardziej znanych przypadków. Podkowiński tnący swoje obrazy czy Kobro która z rzeźb i rysunków robi opał na zimę. Te historie mogą nas chwycić za serduszko nawet trochę mocniej. O tyle Fra Bartolomeo swoje dzieła spalił w sposób bardziej… moralny.

Za nim o tym kilka akapitów wstępu.

Viva Las Vegas, czyli XV wieczna Florencja.

Szkoła chce nam powbijać jakieś bardzo abstrakcyjne daty z końca wieku XV. Pojęcie samo w sobie jest więc bez sensu. Znaczy tyle ile nic, tak jak większość pojęć szeregujących. Tu jednak nie o tym, bo możemy mówić o odrodzeniu mody na antyk. Pamiętajmy że Giotto „zaczyna” renesans już na początku XIV wieku. Pojawiają się wtedy ludzie pokroju Dantego, potem Petrarca. Co jednak istotniejsze, powraca moda na antyk…

Las Vegas kojarzy nam się z raczej z wyuzdaną zabawą, mamy przed oczami świetliste neony i zanik moralności. Odrzucając światełka możemy porównać go do XV wiecznej Italii, w tym przypadku rządzonej przez Medyceuszy Florencji. Poza finansami i władzą Medyceuszy rozwijała się także utrata godności. Przede wszystkim, obok rozwijającego się bałwochwalstwa, pokusy obfitości i fascynacją antyku dochodzi też zanik wiary. Przynajmniej jednak jego osłabnięcie.

I tu powinienem wstawić jeden z zamawianych obrazów czy szkiców Fra Bartolomeo.

Tych oczywiście z motywami antycznymi, które służyły jako maska portretującym.

Która z pań nie chciałaby być Kleopatrą?

No ale niestety takich nie mamy.

Ty Hieronimie Dominikaninie, stosów wielu podpalicielu.

Tutaj pojawia się postać Girolamo Savonaroli. Gorliwego dominikanina znanego z oratorskich popisów w kościele San Marco we Florencji. Z ambony ten gorliwy kapłan nawoływał do odnowy religijnej w tej zatęchłej dziurze grzechu. Girolamo upatrywał wszelkiego szatana w otaczającej go modzie, no i nie zapominajmy o nadchodzącym końcu świata (no bo jak to bez niego?). Co trzeba podkreślić musiał być naprawdę niesamowicie przekonujący. Bo jego nawoływania faktycznie przyniosły efekty.

W obliczu tego nadszedł pamiętny 1497 i 1498. Zapłonęły stosy.

Girolamo Savonarola pędzla Fra Bartolomeo

Na tych pięknych stosach znalazły się wszelkie rzeczy które wg Savonaroli miały doprowadzić miasto do upadku moralnego. Zgorszeni swoim zachowaniem mieszkańcy tego pięknego miasta zaczęli przynosić kosztowne falsyfikaty antycznych przedmiotów, kości do gry, kosmetyki, książki, no i obrazy.

Zapytacie, czy Fra Bartolomeo został zmuszony do spalenia?

Otóż nie.

Sam swoje obrazy w antycznych strojach powrzucał do tego pięknego ogniska.

Potem wstąpił do zakonu dominikanów, zrobił przerwę od malowania w którym oglądał upadek moralności. Po kilku latach jednak dostrzegł możliwości ewangelizacji, zresztą namawiano go do tego.

Malarzem też był skądinąd świetnym, co możemy zauważyć po jego realizacjach dla kościoła.

Chrystus z ewangelistami pędzla Fra Bartolomeo

Wizja świętego Bernarda pędzla Fra Bartolomeo

Morał tej bajki?

Po co rozpaczać nad rozlanym mlekiem? Może dlatego że Bartolomeo nie był jedynym dokładającym do stosu. Jednocześnie swoje dorzucił też Sandro Botticelli. Świat bez Narodziny Wenus mógłby być jednak czymś zupełnie smutniejszym. A poza stratą Fra Bartolomeo mogliśmy stracić również antykizujące malowidła tego geniusza.

Nie będę przedstawiał…

Dziękuje za przeczytanie mojego pierwszego wpisu na blogu. Chętnie usłyszę cokolwiek więc zostaw komentarz lub napisz do mnie osobiście.

Ps. Savonarola za mocno przykozaczył do Papieża, rok później skończył na stosie. O ironio…

Źródło zdjęć: Wikimedia commons